Frankenstein na wesoło – moja recepta na umysłowe wypalenie

Czasami po zbyt intensywnym łamaniu głowy potrzebny jest przerywnik resetujący szare komórki , niczym płatek marynowanego imbiru czyszczący kubki smakowe po wielu kawałkach surowej ryby. Idealnie kiedy taki moment wytchnienia,  oprócz odpoczynku dla dendrytów, oferuje kawał dobrej, niczym nieskrępowanej zabawy i kupę śmiechu, najlepiej w jak największym gronie. Moje antidotum na nadmierne logiczne udręki przyjechało prosto z zeszłorocznych targów w Essen, a ponieważ właśnie doczekało się oficjalnej premiery – najwyższy czas na recenzję. Panie i panowie, oto Franky Reloaded!

Ostatnio renesans przeżywają wszelkiej maści gry kościane, będące zupełnie nowymi tytułami, bądź kostkowymi wariacjami na temat znanych już planszówek. Pojawiają się gry zawierające monstrualne ilości najróżniejszych sześcianów (jak Kostki zostały rzucone) oraz posługujące się minimalną ich liczbą (rekordowe Kości Cthulhu potrzebują tylko jednej). W tym towarzystwie zawartość Franka plasuje się gdzieś pośrodku, jeżeli chodzi jednak o grywalność i dostarczaną frajdę – to kościana najwyższa półka.

Jak to  Frankensteinem było

Autorem tej niepozornej gry o dużym potencjale rozwojowym (o czym więcej poniżej) jest znany również w Polsce Andreas Schmidt, autor dwuczęściowego kooperacyjnego Hobbita opartego o ekranizację Petera Jacksona, mojej ulubionej gry o tej tematyce. Pomiędzy Hobbitem a Franky Reloaded Andreas wydał jeszcze dwa tytuły dla wydawnictwa Zoch, obydwa oparte o rzuty – baryłkami lub ośmiokątnymi kośćmi – i naciąganie szczęścia do granic możliwości. Franky to gra nietypowa również pod innym względem – została wydana własnym sumptem autora, w ramach założonego przez niego wydawnictwa phantastischer RAUM.

Trzon Franky Reloaded stanowi osiem kości przedstawiających tytułowe monstrum Frankensteina  na różnym etapie kompletacji. Mamy składające się z tułowia i głowy Franki zielone i fioletowe, karłowatą jednoczęściową wersję mini w kolorze czerwonym oraz intensywnie żółte zdjęcia rentgenowskie czaszki Franka z przecinającą ją gustowną błyskawicą. Czarne, twarde kości sprawiają bardzo solidne wrażenie, są znakomicie wykonane, zdobiące je grafiki Alexa Stamma zostały głęboko wyżłobione w ściankach kostek, po czym pokryte szczodrą warstwą farby – nic się nie zetrze, nic się nie zabrudzi, można turlać do woli.

Patolog-amator

W kwestii elementarnej mechaniki nie znajdziemy w Frankym niczego rewolucyjnego – możemy przerzucić dostępne kości maksymalnie ośmiokrotnie, za każdym razem odkładając na bok przynajmniej jedną, najbardziej w danym momencie przydatną. W oparciu o te same zasady działa bardzo przeze mnie ceniona seria robaczano-rybnych gier Reinera Knizi, więc pierwszy kontakt z grą Andreasa przypominał spotkanie ze starym, dobrym znajomym. Ciekawiej robi się w kwestii celu gry: musimy ożywiać monstra i zdobywać w ten sposób punkty prowadzące nas do upragnionej dwunastki, gwarantującej zwycięstwo. Możemy postępować dwojako:

  • kompletować mozolnie zestawy składające się z korpusu i głowy (w tym samym kolorze), uzupełnione czaszką z błyskawicą, niezbędną do ożywienia – taki zestaw składający się z 3 kości ma wartość 1 punktu zwycięstwa)
  • pójść na całość i odkładać czerwone pokurcze – na koniec tury każda kość z takim wynikiem jest jednokrotnie przerzucana i jeżeli w efekcie uzyskamy ściankę z symbolem czaszki i błyskawicy przynosi nam 2 punkty zwycięstwa (rzuty kończące się ponownie kolejnym czerwonym Frankensteinem mini upoważniają do jeszcze jednego podejścia)

Rachunek jest prosty: idąc po najmniejszej linii oporu możemy z łatwością skompletować dwa pełnowymiarowe Franki w każdej turze, zyskując w ten sposób dwa pewne punkty, całkowita wygrana zajmie nam jednak pełnych 6 rund, co w praktyce jest mało prawdopodobne. Z drugiej strony możemy maksymalnie ryzykować i przy odrobinie szczęścia uzyskać na kościach ośmiu czerwonych pokurczów, których w napięciu przerzucamy, starając się uzyskać w kolejnym ruchu żółte czaszki z błyskawicą – teoretycznie jesteśmy w stanie uzyskać w ten sposób w jednej turze 16 punktów i wygrać od razu daną partię, co jednak nie udało się jeszcze nikomu. Oczywiście w rzeczywistości najciekawsze są wszelkie formy pośrednie, zakładające budowanie kompletnych zielonych i fioletowych Frankensteinów i ryzykowanie przerzucanie tych – gotowych od razu – czerwonych.

Proste jest piękne

I to wszystko? Teoretycznie tak (patrz kolejny akapit). W praniu jednak mała gra kościana sprawuje się znakomicie. Testowałem ją na kilku zaprzyjaźnionych grupach graczy i w każdej spotkała się z bardzo życzliwym, a w niektórych przypadkach wręcz entuzjastycznym przyjęciem, . Pomimo banalnych reguł jest w niej coś hipnotyzującego: zbieramy cierpliwie pojedyncze punkty albo staramy się przechytrzyć rachunek prawdopodobieństwa i znaleźć idealną strategię łącząca ryzyko z bezpieczeństwem. Jeżeli odstajemy zbytnio od liderów, stawiamy wszystko na jedną kartę i idziemy w czerwone,  przy akompaniamencie stukotu kości, wybuchów śmiechu i ciągle zmieniających się kolejach losu. Choć do celów turniejowych autor zaleca rozegranie dwumeczu, w praktyce nie ma najmniejszego problemu ze zrównaniem ilości rozgrywek z liczbą graczy – nigdy nie wiadomo kiedy odrobina ryzyka i szczęśliwy rzut przechylą szale zwycięstwa na naszą korzyść.

To, co stanowi jednak w mojej opinii o sile Franky Reloaded, to dosyć innowacyjny pomysł Andreasa Schmidta – do gry wydawane będą… dodatki! Będą nimi kolejne kości, z których pierwsza znalazła się już w moim zestawie startowym – najmniej klimatyczna, zwykła kość 6K, umożliwiająca obstawianie swoistych zakładów pozwalających na zwielokrotnienie ilości punktów przyznawanych za trzyczęściowe monstra. Kolejne dodatki, zapowiedziane na nowo powstałej stronie gry, będą zdecydowanie lepiej nawiązywać do klimatu grozy wersji podstawowej, Dzięki dodatkowym regułom, zmieniającym się zasadom przyznawania punktów i potrzebnej ich do zwycięstwa liczbie, półkowe życie Franka może zostać zdecydowanie wydłużone. Czy taki zabieg uda się i zachęci graczy do kupowania kolejnych kości? Czas pokaże, biorąc jednak pod uwagę ilość frajdy dostarczanej przez podstawkę pomysł może się okazać strzałem w dziesiątkę.

Franky rulez!

Absolutnie nie spodziewałem się, że tak małe pudełko z w sumie niepozorną zawartością może zbliżyć miłośników planszówek o skrajnie różnych upodobaniach. Oczywiście zawsze możecie spotkać kogoś, kto z wydętymi wargami rzuci klasyczne: „głupia, losowa gra”, jednak na szczęście przeważają reakcje znacznie bardziej pełne entuzjazmu. Oczywiście Franky Reloaded to typowy filler, nie da się grać w niego zbyt długo. Jednak z uwagi na niewielkie gabaryty (w pudełku jest wystarczająco dużo miejsca na wszystkie planowane dodatki) możemy zabrać  go dosłownie wszędzie i zagrać w pociągu, na kocu, ławce w parku czy w piwnym ogródku. Trzeba się tylko przygotować na zaciekawione spojrzenia osób trzecich, bo w Franka bez emocji i w ciszy grać się po prostu nie da.

Franky Reloaded

Producent: phantastischer RAUM

Autor: Andreas Schmidt

Cena: 9,99 EUR

Do kupienia na amazon.de lub hurtowo na www.franky-reloaded.com